Nareszcie. Wszystko. Za mną.
Do późnego czwartkowego wieczora biegałam jeszcze z Magdą po ksero i milion razy poprawiałam i przerabiałam te wszystkie cholerne dokumenty. Ale wreszcie wszystko było gotowe: zaświadczenie lekarskie, wyciąg ocen ze wszystkich lat studiów, zaświadczenie o byciu studentem, list polecający, aplikacja, załącznik z wybranymi uczelniami. Mogłam więc wstać pełna energii w piątek o 4 rano i wybrać się do Warszawy.
To była w sumie fajna wycieczka, napięta atmosfera pojawiła się dopiero kiedy dotarliśmy do ambasady Japonii, gdzie miły pan poprosił nas o dokumenty i wskazał miejsca w poczekalni. A potem kolejno wzywano nas do środka.
Było dużo, dużo przyjemniej niż się spodziewałam.
Komisja składała się z dwóch pań, z których jedną była dyrektor Wydziału Kultury i Informacji w ambasadzie, Makino Michiko (wypowiadała się w 2011 po wielkim trzęsieniu ziemi, może ktoś kojarzy -
link). Weszłam, ukłoniłam się, dopełniłam formalnych grzeczności związanych z przedstawieniem się i oddaniu się w opiekę szanownej komisji, a kiedy pani Michiko uśmiechnęła się i łagodnym głosem powiedziała, że pragnie zadać mi kilka pytań, stres gdzieś odpłynął. Była tak sympatyczna, i mówiła tak pięknie, aż miałam wrażenie że ta jej śliczna japońszczyzna przechodzi na mnie; rzadko kiedy bywam z siebie zadowolona (po próbnej rozmowie z naszymi Japonkami byłam wręcz załamana), ale wtedy, chyba pierwszy raz w życiu, poczułam że ładnie mówię po japońsku. Nie zacinałam się, nie myliłam, odpowiadałam od razu - na standardowe pytanie kiedy i jak zaczęłam interesować się Japonią, później dlaczego za cel badań obrałam sobie teatr kabuki, jak wygląda ta miejscowość o zabawnej nazwie Żurawia gdzie mieszkam, czy chciałabym po skończeniu studiów mieszkać dalej w Poznaniu, czy uważam że japoński jest trudny, czy nie obawiam się trzęsienia ziemi... Miałam wrażenie że upłynęły może z trzy minuty, a już pani Michiko zamieniona w jeden wielki uśmiech informowała, że na tym skończymy rozmowę, i skomplementowała nawet mój japoński (w tym momencie miałam wrażenie że mi serce z rozsadzi ze słodyczy, absolutnie).
Przeżyłam. Poszło dobrze. Wprawdzie sama rozmowa raczej o niczym nie przesądza - o rekomendacji ambasady ewentualnie - ale... kurczę, może faktycznie mam szansę pojechać? Na razie nie jestem w stanie myśleć o niczym innym, do sierpnia prawdopodobnie zapomnę, ale gdzieś z tyłu głowy będzie się czaić ta świadomość, że może, może naprawdę przyjdzie mi w październiku spakować walizki i wyjechać na cały rok do Japonii. Czy to będzie wybrany przez mnie uniwersytet - Waseda, Tokio Gakugei, Ritsumeikan - czy jakaś wiocha na Hokkaido albo Riukiu - to nieistotne, jestem pewna że w każdym miejscu będzie niesamowicie i spędzę najlepszy rok swojego życia. Ale próbuję nie nastawiać się na to za bardzo, żebym się, nie daj Boże, mocno nie zawiodła. Oczywiście jeśli nie teraz to za rok, jeśli nie za rok to za dwa, ale... Tak ciężko będzie przełknąć myśl że nic z tego, kiedy po tych wszystkich staraniach, bo długim zakuwaniu, kompletowaniu dokumentów i wreszcie rozmowie kwalifikacyjnej, Japonia wydaje się być tak blisko jak jeszcze nigdy nie była.
Trzymajcie kciuki, a być może niedługo będę wam przysyłać pocztówki z Krainy Kwitnącej Wiśni.